» Blog » Prom Mateusz
24-07-2012 17:02

Prom Mateusz

W działach: Film, SF | Odsłony: 8

Prom Mateusz
Tekst na 15125 znaków.

Poszedłem, bo jak tu nie iść na tak wychwalany (przez marketing) film fantastyczny. Technicznie oczywiście bardzo dobry, ładne zdjęcia, gigerowska architektura, etc. Scenariusz jednak kiepski, nawiązanie do Obcego są chyba tylko po to by wspomniani spece od wciskania kitu mieli się czego ucapić.

Oczywiście kto lubi fantastykę pomimo ostrzeżeń pójdzie na film, albo ściągnie go z sieci (lub poczeka na DVD), nie wiem jednak czy warto. Jedyne zalety tego "dzieła" można dostrzec tylko w kinie, na monitorze zostanie nam marny scenariusz i taki sobie obraz.

Jak tu jednak nie iść do kina kiedy znajomi poszli i będą o filmie rozmawiać i samemu chciałoby się do rozmowy włączyć, albo przynajmniej wiedzieć o czym mowa. Rozwiązaniem jest postąpienie tak samo jak z nudnymi lekturami, czyli skorzystanie z bryku, a ów poniżej.

OD TEGO MOMENTU SPOILERY

Po oglądnięciu pół godziny reklam i kilku animacji firm, które maczały paluchy w Promie Mateuszu przenosimy się do pradziejów naszej planety. Dokładnie do momentu kiedy latający spodek zostawia na jej powierzchni naszego kosmicznego praprzodka z termosem mutagenów.
Nasz praprzodek jest przedstawicielem jakiejś przerośniętej rasy humanoidów z zamiłowaniem do genetyki. Jest też istotą bardzo przyzwoitą, bo po zrzuceniu szlafroka, w którym przybył pozostaje w przepasce biodrowej. Kto wie może jej część stanowi dzisiaj fragmenty naszego DNA.
Ufok staje na skraju wodospadu i pociąga haust mutagennego koktajlu i w spektakularny sposób rozpada się w iment, tylko po to by ze szczątków mogło powstać nowe życie.

Mijają tysiące i miliony lat, a my przenosimy się do roku 2089 na jakąś zapomnianą przez Boga szkocką wyspę. Dokładnie na czas by zobaczyć jak ekipa archeologów odkrywa prastare graffiti na ścianie jaskini. Wygląda na to, że za 77 lat opowiastki Danikena trafią na uniwersytety, bo nasi poszukiwacze od razu rozpoznają jeden z obrazów, jako ten przewijający się przez wszystkie kultury świata. Oczywiście jest jeszcze wersja optymistyczna tej sceny, która nie przewiduje takiej degradacji nauki. Na wyspie poszukiwania prowadzą amatorzy z kółka miłośników UFO, więc rozpoznanie dużego ludzika pokazującego kilka kółek jest dla nich prostsze.

Całe te maziaje i gryzmoły innych ziemskich cywilizacji to mapa/zaproszenie dla nas by polecieć gdzieś tam w kosmos. Oczywiście na całym niebie jest tylko jedna grupa (chyba sześciu) gwiazd tworząca taki układ i wygląda on dzisiaj dokładnie tak samo jak kilka tysięcy lat temu. Na dodatek to co widać na chropowatej, skalnej ścianie wymazane umoczonym w czernidle paluchem jakiegoś australopiteka jest bardzo precyzyjną mapą.

Tajemnicą pozostaje w jaki sposób australopitek dowiedział się co wymalować, a po nim Sumerowie, Indianie i pozostali starożytni i dlaczego my tego, znanego w wszystkich kulturach, obrazu nie znamy.
Obstawiam dwie wersje, albo mamy to celowo wgrane w genach (ale wtedy patrz końcówka poprzedniego zdania), albo kosmici odwiedzali na jeszcze później i nauczyli malować takie obrazki. Wersja trzecia jest taka, że obraz ów mógł być nadrukowany na wewnętrznej stronie opaski biodrowej naszego kosmicznego pradziada i po jego rozpadzie w scenie pierwszej trafił przez pomyłkę do naszego DNA.

Nic więc dziwnego, że kółko miłośników Danikena znalazło sponsora, który dał im statek i kazał lecieć na spotkanie z przygodą. Lot zresztą nie jest zbyt długi, bo wystarczyły dwa lata w zamrażarce i załoga śpiąca pod czujnym okiem androida (z gatunku tych Big Brotherowatych) dotarła do celu. Wszyscy zaczynają się budzić, rzygać i uzupełniać braki płynów w organizmie. Rekrutowaniem załogi musiała zajmować się jakaś specjalistyczna komórka (zresztą jak i przygotowaniem całej misji). Dlatego na pierwsze spotkanie z kosmitami poleciała para archeologów, sfiksowany geolog, ktoś o bliżej nieokreślonej specjalności kto i tak wkrótce zginie, medyk, kapitan statku i dwóch pilotów. Pozostali członkowie załogi są tak nieistotni, że po wyjściu z kina nawet nie wiemy czy istnieli. Na dokładkę jest jeszcze człowiek korporacji, oczywiście niezbyt miły. Blondyna, z wyraźnymi problemami emocjonalnymi.

Kolejną niewyjaśnioną zagadką pozostaje dlaczego w ekipie nie ma nikogo z wojskowym przeszkoleniem i żadnego reprezentanta służb specjalnych. Nie dowiemy się też z jakiego to powodu statek został wyposażony tylko w jednego androida.

Żeby nie tracić czasu ekipa ląduje na jednym z księżyców planety, jako tako nadającym się do życia. Odbywa się to starą dobrze sprawdzoną metodą, a więc nie robimy zdjęć powierzchni, ani nie zostawimy na orbicie satelity komunikacyjnego. Spadamy wprost do atmosfery i mając niesamowite szczęście odnajdujemy struktury ufoków.
Przed sobą mamy ogromne kopce i jasnym jest, że tam właśnie skierujemy łaziki. Do kopców też wchodzimy metodą na chybił trafił, bez rekonesansu. Improwizacja udała się z księżycem, dlaczego miałaby się nie udać i teraz. Zaraz po wejściu coś się jednak zmienia, szurnięty geolog wyjmuje sondy skanujące, które zaczynają tworzyć mapę korytarzy. Latają to i tam, świecą czerwonymi laserami, transmitują dane tablet i geologa i na Prom Mateusza. Od razu rozwieję wasze nadzieje, to jeden z niewielu przejawów profesjonalnego zachowania.

Oczywiście nie ma to jak brawura i kiedy dzielni badacze dochodzą do wniosku, że tu pod ziemią jest atmosfera (sztuczna) pierwsze co robią to zdejmują hełmy.

Nasza dzielna ekipa zagłębia się w rozległe tunele, do czasu aż do wyżłobionych na ścianie znaczków dobierze się android (realizujący jakąś swoją tajną misję). Wydłubane znaczki okazały się również panelami sterującymi. Skąd maszyna wiedziała jak to obsługiwać i odczytywać? David, bo tak mu na imię, nie marnował czasu w lodówce tylko przez cały czas lotu oglądał "Lawrence’a z Arabii" i uczył się starożytnych języków. Jak się bowiem okazuje rozleciany na cząsteczki praufok posługiwał się takim właśnie językiem. Ponownie nie wiemy czy obecność ich mowy i alfabetu na Ziemi wynika z tego co mamy w DNA, czy z kolejnych wizyt. Pewne jest tylko to, że tak jak miliony lat nie zmieniły układu gwiazd tak nie zmieniły się starożytne języki.

David zaczyna się więc bawić panelami kosmitów i uruchamia ich wirtualne zapisy z kamer przemysłowych. Widzimy (w trochę kiepskiej jakości) jak grupa kosmitów biegnie korytarzem, na końcu którego jeden z nich traci głowę w wyniku zbyt szybkiego opadania grodzi. Biegnąc za wirtualnymi ufokami ludzie docierają do owej grodzi gdzie do akcji znowu wkracza David i majstrując przy płaskorzeźbach otwiera dekapitujące wrota. Za nimi, poza wielką głową kosmity i jeszcze większą kamienną głową znajdują salę pełną urn, zwanych wazonami. Zaraz po wejściu zaczyna się coś dziać, z wazonów cieknie jakaś maź, freski na suficie zmieniają się. Poza geologiem i jednym z nołłanów nikogo to nie porusza. A wspomniana dwójka postanawia wziąć nogi za pas i wrócić na statek. Reszta pewnie dalej by się włóczyła po tunelach, ale na powierzchni zaczyna się potężna burza. Szybko więc się zbierają suweniry (ludzie w postaci głowy kosmity, David wazoniku ze smołą). W dramatycznych okolicznościach docierają do statku. Prawie tracą głowę ufoka, ale pani archeolog (nawiasem mówiąc główna bohaterka) rzuca się by ją uratować. W wyniku czego prawie tracą panią archeolog, ale jej chłopak rzuca się ją ratować. W wyniku czego prawie tracą i jego, ale na ratunek rzuca im się android na lince. Okładani latającymi w powietrzu kamieniami, bez jednego zadrapania i uszkodzenia docierają do statku.
Na pokładzie okazuje się jednak, że geolog i ten drugi jeszcze nie dotarli. No cóż biedacy się zgubili, pal licho, że to oni mieli ze sobą mapę tuneli. Zasłonę milczenia należy również spuścić na obserwujących poczynania członków ekspedycji, pozostawionych na statku ludzi. Nie zauważyli, że dwa nadajniki oddaliły się wcześniej od grupy.

I tak w czasie gdy na statku przeprowadzane są badania znalezionej głowy. Skutkujące jej ożywieniem i eksplozją. W podziemnej budowli geolog z tym drugim docierają do komory z wazonami. Dużo już smoły się z niej wylało, jakaś ciemna woda tworzy kałuże, w których ( co za niespodzianka) zaczęło coś pływać. Pojawiają się jakieś starwarsowe dianogi, a wiadomo jak się jest na obcej planecie… wróć obcym księżycu i spotka się takie dziwne coś, a do tego jest się członkiem ekipy naukowej, to trzeba to pomacać. Macanie skończyło się atakiem dianogi, która pomimo miękkiego ciała potrafiła rozbić szybę hełmu lepiej niż kamienie w czasie burzy.

Na statku w tajemnicy przed innymi zły android David doprawia szampan chłopaka pani archeolog mazią z wazonu. Ten wypija drinka i zabiera się za panią archeolog. Po dwóch latach w lodówce nic dziwnego, że musieli nadrobić stracone noce. Rano pan archeolog ma problemy z oczami, ale nie przejmując się zbytnio wyrusza z resztą załogi do tuneli.

Dzieje się tam kilka mało istotnych rzeczy, jak odnalezienie ciała jednego z zaginionych (drugi powróci jako wściekłe zombie w momencie gdy trzeba będzie nieco rozruszać akcję), nasilenie infekcji archeologa, paniczny powrót na statek i kolejna tajna akcja Davida.

Kiedy wszyscy sobie poszli android dociera w jeszcze odleglejsze obszary tuneli, odkrywa komory pełne wazonów i jakiś wielki, okrągły stół z panelem sterowania. Znowu uruchamia hologramy, które tym razem tłumaczą mu i pokazują co i jak naciskać na panelu. David jest oczarowany ogromną, holograficzną mapą kosmosu. Podziwia wyróżnioną tam Ziemię. A skąd wiemy, że to Ziemia? Oczywiście planeta ma aktualny wygląd kontynentów. Później okazuje się, że na "stole" jest kilka komór kriogenicznych, a w jednej z nich śpi, jeszcze żywy, kosmita.

Tym czasem reszta ekipy dociera do statku, a tam zła dziewucha dowodząca wyprawą nie chce wpuścić zainfekowanego na pokład. Ten widzi jeszcze co się z nim dzieje i poświęca się dla innych, czyli daje spalić żywcem razem z tym co się w nim rozwija.

Oczywiście pani archeolog jest załamana i na dodatek zaczyna źle się czuć. Po badaniach okazuje się, że dotychczas bezpłodna kobieta jest w ciąży i do tego od razu w trzecim miesiącu. Niestety okazuje się wyrodną, przyszłą matką i decyduje się na aborcję. Ponieważ ciężko jest znaleźć na statku właściwego lekarza pozostaje jej automatyczny stół operacyjny, który i tu niespodzianka… potrafi operować tylko mężczyzn, więc z cesarki nici. Determinacja kobiety jest jednak duża i programuje sobie usunięcie ciała obcego z jamy brzusznej. Lepszą nazwą dla tej automatycznej krajalnicy byłaby "stół znachorski", bo ustrojstwo nie rozpoznaje, że położyła się na nim kobieta. wyciąga z niej płód czegoś gadopodobnego, ale pomimo rozkazu anihilacji nie może sobie poradzić z uśmierceniem tego organizmu. Naćpana środkami przeciwbólowymi, z dopiero co rozprutym i zszytym brzuchem, pani archeolog dość raźnym krokiem wędruje sobie po statku i trafia na pasażerów na gapę. Okazuje się, że na wyprawę wybrał się również jej sponsor (kurczowo trzymający się życia dziadek, prywatnie ojciec blondyny) z obstawą. Teraz zaopatrzony w egzoszkielet wyrusza do kosmicznych korytarzy. Na wycieczkę zabiera Davida, ochraniarza, wypatroszoną archeolog i jakieś niedobitki załogi. Bez większych trudności docierają do śpiącego kosmity gdzie David zaczyna pokaz tego czego się nauczył z hologramu. Potem zabierają się za budzenie kosmity. David nawet próbuje z nim rozmawiać, ale widać żółteczko jeszcze ufokowi nie doszło, albo android coś pomylił i go obraził. Kosmita urywa mu głowę, zabija ochraniarza i sponsora wyprawy. Potem uruchamia jakiś gumiskop, dzięki któremu będzie mógł sterować swoim statkiem, bo oczywiście, niespodzianka, jesteśmy w jego wnętrzu. Również reszta załogi pozostawiona na Promie Mateuszu dostrzega w tym momencie czym jest budowla.

Nim statek wyruszy, na zewnątrz udaje się wydostać pani archeolog, potem czeka ją już tylko desperacki bieg do Promu Mateusza przez rozstępującą się ziemię.
Wtedy też do wszystkich, łącznie z widzami (którym to powiedziano wprost) dociera fakt, że pełne złego DNA wazony ze statku zaraz wyruszą w stronę Ziemi. Ponieważ na kosmiczną wyprawę posłano statek badawczy bez najmniejszego uzbrojenia zewnętrznego (kto oglądał „Iron Sky” wie jak to nierealna wizja), dzielnej załodze pozostaje tylko atak kamikaze. Oczywiście zła dziewczyna dowodząca wyprawą nie ma zamiaru ginąć. Ma na swoje szczęście szansę przeżyć w module ratunkowym, wystrzelonym ze statku.

Prom Mateusz wbija się w ufolski obwarzanek ten spada i zaczyna się toczyć. A przed nim uciekają dwie ocalałe dziewczyny, archeolog po przejściach z maszyną medyczną i zdrowa, wysportowana blondyna. Oczywiście toczący się statek wgniata w ziemię blondynę, archeolog cudem przeżywa. Z resztką tlenu dociera do modułu ratunkowego i tu czeka ją niespodzianka. Jej wycięte dziecko przeżyło i jest tu, w pokoju ze stołem medycznym. Przez te kilka godzin rozwinęło się w dużą i dorodną ośmiornicę. Ale to nie koniec problemów ostatniej ocalałej. Oto dostaje wiadomość od Davida. Dobrze pamiętacie, że android stracił głowę, ale to nie znaczy, że głowa przestała działać, poza ograniczeniem mobilności nic mu nie jest. A teraz dzwoni z radosną wiadomością, że kosmita przeżył upadek statku i właśnie idzie po panią archeolog. Ufok ma chyba jakiś szósty zmysł, że wie, że ona przeżyła. Dopada ją w module ratunkowym. Chwila desperackiej walki i nieoczekiwana pomoc ze strony porzuconego dziecka. Kosmita kona w uściskach ośmiornicy, a ta kona zaraz potem.

I co może teraz zrobić samotna kobieta na krańcu kosmosu? No ma jeszcze gadającą głowę, która proponuje układ: weź mnie kobieto, a ja pokażę ci jak poprowadzić kolejny statek (bo jest ich tu kilka) na Ziemię.
Kobieta ma jednak już swoje palny, owszem polecą, ale nie na Ziemię. Odwiozą wszystkie wazony ich twórcom.
Tradycyjnie tajemnica pozostaje, czy w kolejnym statku wazony też się aktywują po wejściu na pokład człowieka.

Do końca nie wiemy dlaczego kosmici zapraszali nas na księżyc – laboratorium gdzie gromadzono stwory, które chciano przetransportować na Ziemię. Miejmy nadzieję, że Scott nie będzie chciał nam wyjaśniać tych kwestii w Promie Mateuszu 2, czego sobie i Wam, którzy doczytaliście aż dotąd, życzę.

PS
Prometeusz miał być prequelem "Obcego", a tu jak na razie nic z xenomorpha nie było. Otóż prapraprababką aliena była kropla czarnej mazi zaaplikowana w szampanie pewnemu naiwnemu archeologowi, który jeszcze tej samej nocy zaliczył upojny seks z bezpłodną panią archeolog. W ten sposób ludzkość stała się po raz pierwszy częścią tego drzewa genealogicznego. Kobieta okazała się wyrodną matką i jej dziecko całe swoje życie spędziło w pokoju z łóżkiem medycznym. Nie miało łatwego dzieciństwa i musiało szybko dorosnąć. Trudne dzieciństwo nie sprawiło jednak, że było złe i mściwe. Kiedy wyrodna matka potrzebowała pomocy bez chwili wahania zaatakowało napastnika, który stał się potem częścią tego kręgu życia. Z ośmiornicy i kosmicznego truchła powstał alienopodobny, pokraczny stwór. Później z ewolucją poszło coś nie tak, bo na pokładzie Nostromo z ludzkich trzewi wychodziły małe robaczki dopiero z czasem przybierające dorosłą postać, a tu mamy od razu dużego, czarnego kosmitę.

Komentarze


38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
ile jeszcze tych hejtów będzie? :)
24-07-2012 17:15
Malaggar
   
Ocena:
+3
Skala hejtingu będzie wprost proporcjonalna do krapowatości filmu. Czyli prawie nieskończenie wielka.

@Szept: Miał i nie mial być prequelem. Ten kretyn scenarzysta Lost sam chyba nie wiedział, a Scott jest w wieku, w którym zapomina się o włożeniu spodni przed wyjściem z domu ;)
24-07-2012 17:17
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+4
ciesz sie zigzak że masz chwile wytchnienia bo hejtują innego prometeusza
24-07-2012 17:17
chimera
   
Ocena:
+2
@zigzak

Przecież to dopiero pierwszy na Polterze.

@Szept

Fajna notka, nieźle się pośmiałem.
24-07-2012 18:30
Bielow
   
Ocena:
0
Pytam bez złośliwości-jesteś dyslektykiem Szepcie? To pytanie retoryczne.Nie odpisuj.
24-07-2012 20:02
KFC
   
Ocena:
+1
Khaki na 400% jest, u Szepta tak znośnie że nie zauważyłem nawet.
24-07-2012 20:07
Bielow
   
Ocena:
0
@KFC
Zapytałem ponieważ styl Szepta różnie się dość znacznie od powszechnego/polskiego/krajowego stylu pisania do którego przywykłem. ;)
24-07-2012 20:10
Szept
   
Ocena:
0
Papierka nie mam, ale bym się nie zdziwił. A konkretnie w ktorym miejscu, bo nie chce mi się tego wszystkiego znowu czytać ;)
24-07-2012 20:12
Malaggar
   
Ocena:
0
Piąta linijka od dołu chociażby.
24-07-2012 20:21
Aure_Canis
   
Ocena:
0
Ja jestem dyslektykiem. Jak bardzo to widać?
24-07-2012 20:40
Malaggar
   
Ocena:
0
Dopóki z tym walczysz, masz rozum we łbie i nie wymachujesz papierkiem jak ekshibicjonista członkiem?
Nie bardzo.
24-07-2012 20:41
Szept
   
Ocena:
0
Chodzi o styl, nie o ortografię? :) A to tak akurat taka forma. Mogły by tam być przecinki, ale powiedzmy, że tak jest oryginalnie, że twórca ma swój charakterystyczny styl, a w tym zcaniu chyba za dużo jest przecinków ;)
24-07-2012 21:04
Malaggar
   
Ocena:
0
Nie miało łatwego dzieciństwa i usiało szybko dorosnąć.

USIAŁO.
24-07-2012 21:06
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
To coś jak UNICEF?
24-07-2012 21:08
bohomaz
   
Ocena:
0
Komentarz usunięty na prośbę autora.
24-07-2012 21:31
Szept
   
Ocena:
+4
Daj go tutaj, niech się tłumaczy, zobaczymy kto kogo nieprzekona ;P


Ach usiało, no usiało i yrosło potem ;P jakoś umknęło i mnie i wordowi.
24-07-2012 21:36
~Louis

Użytkownik niezarejestrowany
~Louis

Użytkownik niezarejestrowany

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.